O 2:00 w nocy wyjechaliśmy z Warszawy. Jakiś czas zastanawialiśmy się czy wyruszyć w nocy, czy dzień wcześniej ale wyszło jak zwykle spontanicznie i chwile później byliśmy w drodze. O 4:30 zatrzymaliśmy się na stacji po orzeszki i pojechaliśmy dalej. Po drodze wyjątkowo, pierwszy raz zasnęłam i się ani razu nie przebudziłam. Wstałam po 2h wypoczęta i towarzyszyłam mojemu mężowi. Chwile po 6:00 byliśmy w Sopocie. Zaparkowaliśmy 300m od mola i się zdrzemneliśmy. Wschód słońca był o 7:48. Jak zwykle wyszliśmy za późno i baliśmy się ze nie zdążymy na wschód słońca na który przecież była cała wyprawa. Sopot o tej porze był pusty. Minęło nas kilku biegaczy i jedna para na spacerze. Przeszliśmy całe molo, doszliśmy do końca, zrobiliśmy kilka zdjęć i postanowiliśmy przejść na plaże, ponieważ na molo bardzo wiało. W połowie drogi Łuki się odwrócił i naszym oczom ukazało się piękne, różowe słońce! Było jak neon w Las Vegas. Nigdy nie widziałam słońca o takim kolorze. Próbowaliśmy robić zdjęcia ale one tego nie oddawały. Słońce wychodziło blade i mało widoczne. Mogliśmy je oglądać zaledwie kilka minut a w pełni widoczne było przez 3 minuty. Unosząc się ku górze znikało stopniowo za równą linią chmur. Jadąc w to miejsce nie liczyliśmy na taki piękny widok. Od kilku dni niebo było niebywale zachmurzone. W ogóle nie liczyliśmy, że zobaczymy słońce. Liczyliśmy jedynie na promienie lub przebijający się przez chmury blask. W związku z tym wyjazd na „wschód słońca” był symboliczny. Następnie chwile spacerowaliśmy po brzegu morza i pojechaliśmy na śniadanie. Dzień okazał się niesamowicie słoneczny. Bezchmurne niebo i ogrom wiatru. Natomiast z samochodu mogliśmy z radością podziwiać Trójmiasto.

Written by Pattje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *